Z urlopami i wyjazdami jest tak, że potrafią zaskakiwać. Czasem jednak to powrót do domu potrafi zaskoczyć jeszcze bardziej. Pozostaje tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, czy taka niespodzianka to problem, czy wręcz przeciwnie.
Ja po powrocie do domu spotkałem się z takim oto problemem...
... skąd ja wezmę na to czas ?
ktoś je zebrał i wziął na stronę, zamknął w okładkach i stworzył historię. Odnalazłem ją przypadkiem - szepnęła do mnie i tym razem to ona wzięła mnie na stronę i poprosiła bym o niej opowiedział...
25.10.2010
22.09.2010
To mnie wkurzyło
Znacie to uczucie bezsilności - kiedy dzieje się coś, ż czym się barzo nie zgadzacie, ale i tak nie jesteście w stanie zrobić nic, co pomogłoby w zapobieżeniu katastrofie. Taka bezsilność wkurza.
Ale jest coś, co denerwuje jeszcze bardziej - wzrastające w takiej chwili gapiostwo - chciałoby się odejść, bo i tak nic nie zrobisz - ale nie... stoisz i gapisz się - co dalej?
Dlaczego o tym piszę? Bo dokładnie to przydarzylo mi się kiedy czytalem ostatnio książkę Kupię rękę, Agnieszki Szygendy. Już po kilku stronach zdecydowałem, że książka nie jest w moim guście. Książka - dla mnie - ma dostarczać radość, rozrywkę, czasem delikatną zadumę, ale nie wstręt i obrzydzenie do ludzkości i jej coraz częstszych zachowań.
Książka Szygendy w pierwszej z dwóch części przytacza taki bowiem obraz - dorobkiewicza - sfrustrowanego i malutkiego człowieczka, który w drodze do własnych celów nie cofnie się przed niczym, a kiedy już osiągnie odrobinę, bez odrobiny wyrzutów sumienia wykorzysta wszelkie dostępne środki by upokorzyć innych.
W drugiej części książki przychodzi pora na refleksje i pokuty. W porównaniu z pierwszą częścią, jest ona dużo cieplejsza, może trochę bardziej daje do myślenia nad samym sobą, a miejscami wręcz... nie pasuje do tego, co działo się wcześniej...
A co ma z tym wszystkim wspólnego gapiostwo? - Książka mnie odrzucała i zniechęcała na wszelkie możliwe sposoby, a jednak nie moglem przestać jej czytać.
Wiecie o czym mówię?
Ale jest coś, co denerwuje jeszcze bardziej - wzrastające w takiej chwili gapiostwo - chciałoby się odejść, bo i tak nic nie zrobisz - ale nie... stoisz i gapisz się - co dalej?
Dlaczego o tym piszę? Bo dokładnie to przydarzylo mi się kiedy czytalem ostatnio książkę Kupię rękę, Agnieszki Szygendy. Już po kilku stronach zdecydowałem, że książka nie jest w moim guście. Książka - dla mnie - ma dostarczać radość, rozrywkę, czasem delikatną zadumę, ale nie wstręt i obrzydzenie do ludzkości i jej coraz częstszych zachowań.
Książka Szygendy w pierwszej z dwóch części przytacza taki bowiem obraz - dorobkiewicza - sfrustrowanego i malutkiego człowieczka, który w drodze do własnych celów nie cofnie się przed niczym, a kiedy już osiągnie odrobinę, bez odrobiny wyrzutów sumienia wykorzysta wszelkie dostępne środki by upokorzyć innych.
W drugiej części książki przychodzi pora na refleksje i pokuty. W porównaniu z pierwszą częścią, jest ona dużo cieplejsza, może trochę bardziej daje do myślenia nad samym sobą, a miejscami wręcz... nie pasuje do tego, co działo się wcześniej...
A co ma z tym wszystkim wspólnego gapiostwo? - Książka mnie odrzucała i zniechęcała na wszelkie możliwe sposoby, a jednak nie moglem przestać jej czytać.
Wiecie o czym mówię?
19.08.2010
Stary zawód, zaczyna się na "P"
Piraci w świecie grecko rzymskim – Philip de Souza
Czytając współczesne książki o wilkach morskich, lub przeglądając najnowsze hollywoodzkie produkcje mamy do czynienia z dużą dawką, bardziej lub mniej rubasznego, humoru, z niebywale wartką akcją i efektami specjalnymi. Czasem w miejscu humoru pojawia się autentyczna groza i mnóstwo krwi, kiedy autorzy zamiast komedii postanowią uraczyć nas horrorem. To przecież powszechnie znany fakt – życie Korsarzy jest pełne zbrodni, walk mordów, gwałtów i uciętych kończyn, albo... wakacyjną imprezą
Tak mniej więcej wygląda większość radosnej tworczości autorów, którzy próbują płynąć z popularnym w danej chwili nurtem.
Może to mieć kilka skutków ubocznych i oczywiście jeden powazny skutek główny - mianowicie gwałtownie grubiejący portfel.
Książkę de Souzy jednak trudno aż tak jednoznacznie zakwalifikować. Przede wszystkim jest to efekt i pokłosie napisanej wcześniej pracy doktorskiej, odświeżony i troszeczkę uproszczony na potrzeby zwykłego czytelnika.
De Souza podchodzi do tego tematu trochę inaczej. Przede wszystkim autor zajmuje się korsarstwem czasów antycznych. Zarówno pochodzenie nazwy “Pirat”, jak i pierwsze doniesienia o zachowaniach korsarskich zbadał dokładnie i potrafi o nich ciekawie opowiedzieć. Czytając nie zobaczymy dymu salw armatnich, pojedynków na kordelasy i wielu innych znanych z ekranu przywar życia na morzu.I nie chodzi nawet o to, że armat i kordelasów wtedy nie było. Autor skupił się na tym, co robili piraci, kiedy akurat nie ścigali swoich ofiar, lub nie uciekali przed przeważającymi siłami wroga.
Czytając współczesne książki o wilkach morskich, lub przeglądając najnowsze hollywoodzkie produkcje mamy do czynienia z dużą dawką, bardziej lub mniej rubasznego, humoru, z niebywale wartką akcją i efektami specjalnymi. Czasem w miejscu humoru pojawia się autentyczna groza i mnóstwo krwi, kiedy autorzy zamiast komedii postanowią uraczyć nas horrorem. To przecież powszechnie znany fakt – życie Korsarzy jest pełne zbrodni, walk mordów, gwałtów i uciętych kończyn, albo... wakacyjną imprezą
Tak mniej więcej wygląda większość radosnej tworczości autorów, którzy próbują płynąć z popularnym w danej chwili nurtem.
Może to mieć kilka skutków ubocznych i oczywiście jeden powazny skutek główny - mianowicie gwałtownie grubiejący portfel.
Książkę de Souzy jednak trudno aż tak jednoznacznie zakwalifikować. Przede wszystkim jest to efekt i pokłosie napisanej wcześniej pracy doktorskiej, odświeżony i troszeczkę uproszczony na potrzeby zwykłego czytelnika.
De Souza podchodzi do tego tematu trochę inaczej. Przede wszystkim autor zajmuje się korsarstwem czasów antycznych. Zarówno pochodzenie nazwy “Pirat”, jak i pierwsze doniesienia o zachowaniach korsarskich zbadał dokładnie i potrafi o nich ciekawie opowiedzieć. Czytając nie zobaczymy dymu salw armatnich, pojedynków na kordelasy i wielu innych znanych z ekranu przywar życia na morzu.I nie chodzi nawet o to, że armat i kordelasów wtedy nie było. Autor skupił się na tym, co robili piraci, kiedy akurat nie ścigali swoich ofiar, lub nie uciekali przed przeważającymi siłami wroga.
12.08.2010
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu
Na upartego Murakami mogłby równie dobrze powiedzieć: o czym nie mówię, kiedy mówię o bieganiu.
Sprawa wygląda pozornie prosto - tak jak Ogry przypominają cebulę, tak maraton przypomina pisanie książki. Najpierw długi i mozolny czas treningu i ćwiczeń kondycyjnych. Innymi słowy mamy do czynienia z kwerendą. Potem próbne dłuższe i średniodługie dystanse, czyli analiza i wreszcie trochę wstęĻnych artykułów. A potem już maraton - powolne i niespieszne pisanie konkretnego dzieła.
Analogii nie sposób nie zauważyć. A przecież kto chciałby czytać o sprawach tak normalnych. Co ciekawego można o tym napisać? Najwyrażniej Murakami był innego zdania.
Do biegania wprawdzie mnie nie zachęcił, ale już z pisaniem jest znacznie lepiej. Z przygotowaniem do dłuższych dzieł również...
Sięgnijcie po tę książkę - może i Was do czego ś zmotywuje...
Sprawa wygląda pozornie prosto - tak jak Ogry przypominają cebulę, tak maraton przypomina pisanie książki. Najpierw długi i mozolny czas treningu i ćwiczeń kondycyjnych. Innymi słowy mamy do czynienia z kwerendą. Potem próbne dłuższe i średniodługie dystanse, czyli analiza i wreszcie trochę wstęĻnych artykułów. A potem już maraton - powolne i niespieszne pisanie konkretnego dzieła.
Analogii nie sposób nie zauważyć. A przecież kto chciałby czytać o sprawach tak normalnych. Co ciekawego można o tym napisać? Najwyrażniej Murakami był innego zdania.
Do biegania wprawdzie mnie nie zachęcił, ale już z pisaniem jest znacznie lepiej. Z przygotowaniem do dłuższych dzieł również...
Sięgnijcie po tę książkę - może i Was do czego ś zmotywuje...
18.06.2010
Fiolet to nie tylko ciemniejszy róż
Fiolet Magdy Kozak mimo wszystko mnie zaskoczył. Nie jestem w stanie określić dlaczego lekturę zaczynałem z dozą rezerwy - potwierdzonej z resztą pewnymi przewidywalnościami - nawet nie czytając słowa o autorce z treści książki można było łatwo wywnioskować, jakie są jej zainteresowania, hobby i zawód. To się wydawało wręcz aż zbyt naiwne. Do tego jeszcze miejsce akcji - światowy kryzys, a czytelnik śledzi poczynania, nie tyle Polaków, co Warszawiaków, a i w samej stolicy, pod obstrzałem jest centrum. Chciałoby się powiedzieć - typowe Hollywood... A jednak.
Pierwsze pozytywne zaskoczenie zanotowałem już na samym początku - podczas gdy wielu autorów, nawet tych piszących o naszych rodzimych realiach, kiedy odnosi się do piosenek lub wierszy, robi to z reguły z ukłonem do poety zachodniego. Z wyjątkiem dla kilku tylko utworów, Magda Kozak stosuje piosenki i wiersze polskie. Nie jest to może nic wielkiego, jednak konsekwencja, z jaką się trzyma tej zasady sprawiła, że poczułem coś na wzór lokalnej egzotyki.
Druga sprawa - Autorka dość mocno przylożyła się do "zbudowania" kilku postaci, które następnie łatwo i szybko zabiła - bez zbędnych ceregieli, płaczu i manifestacji. Po prostu tak miało być i tak się stało. Kiedy zdarza się to na początku książki, można przeżyć mały szok - zwłaszcza, jeśli jeszcze próbuje się zlokalizować głównego bohatera.
Podobnych sytuacji jest jeszcze w książce kilka.
Jedno czego nie jestem w stanie jasno i bezproblemowo określić to stopień prawdopodobieństwa - zarówno inwazji opisanej w tej książce, jak i doświadczeń i postępowania wojskowego...
Bez względu na wątpliwości - książka czyta się prawie sama...
Pierwsze pozytywne zaskoczenie zanotowałem już na samym początku - podczas gdy wielu autorów, nawet tych piszących o naszych rodzimych realiach, kiedy odnosi się do piosenek lub wierszy, robi to z reguły z ukłonem do poety zachodniego. Z wyjątkiem dla kilku tylko utworów, Magda Kozak stosuje piosenki i wiersze polskie. Nie jest to może nic wielkiego, jednak konsekwencja, z jaką się trzyma tej zasady sprawiła, że poczułem coś na wzór lokalnej egzotyki.
Druga sprawa - Autorka dość mocno przylożyła się do "zbudowania" kilku postaci, które następnie łatwo i szybko zabiła - bez zbędnych ceregieli, płaczu i manifestacji. Po prostu tak miało być i tak się stało. Kiedy zdarza się to na początku książki, można przeżyć mały szok - zwłaszcza, jeśli jeszcze próbuje się zlokalizować głównego bohatera.
Podobnych sytuacji jest jeszcze w książce kilka.
Jedno czego nie jestem w stanie jasno i bezproblemowo określić to stopień prawdopodobieństwa - zarówno inwazji opisanej w tej książce, jak i doświadczeń i postępowania wojskowego...
Bez względu na wątpliwości - książka czyta się prawie sama...
Subskrybuj:
Posty (Atom)