Znacie to uczucie bezsilności - kiedy dzieje się coś, ż czym się barzo nie zgadzacie, ale i tak nie jesteście w stanie zrobić nic, co pomogłoby w zapobieżeniu katastrofie. Taka bezsilność wkurza.
Ale jest coś, co denerwuje jeszcze bardziej - wzrastające w takiej chwili gapiostwo - chciałoby się odejść, bo i tak nic nie zrobisz - ale nie... stoisz i gapisz się - co dalej?
Dlaczego o tym piszę? Bo dokładnie to przydarzylo mi się kiedy czytalem ostatnio książkę Kupię rękę, Agnieszki Szygendy. Już po kilku stronach zdecydowałem, że książka nie jest w moim guście. Książka - dla mnie - ma dostarczać radość, rozrywkę, czasem delikatną zadumę, ale nie wstręt i obrzydzenie do ludzkości i jej coraz częstszych zachowań.
Książka Szygendy w pierwszej z dwóch części przytacza taki bowiem obraz - dorobkiewicza - sfrustrowanego i malutkiego człowieczka, który w drodze do własnych celów nie cofnie się przed niczym, a kiedy już osiągnie odrobinę, bez odrobiny wyrzutów sumienia wykorzysta wszelkie dostępne środki by upokorzyć innych.
W drugiej części książki przychodzi pora na refleksje i pokuty. W porównaniu z pierwszą częścią, jest ona dużo cieplejsza, może trochę bardziej daje do myślenia nad samym sobą, a miejscami wręcz... nie pasuje do tego, co działo się wcześniej...
A co ma z tym wszystkim wspólnego gapiostwo? - Książka mnie odrzucała i zniechęcała na wszelkie możliwe sposoby, a jednak nie moglem przestać jej czytać.
Wiecie o czym mówię?
ktoś je zebrał i wziął na stronę, zamknął w okładkach i stworzył historię. Odnalazłem ją przypadkiem - szepnęła do mnie i tym razem to ona wzięła mnie na stronę i poprosiła bym o niej opowiedział...
22.09.2010
19.08.2010
Stary zawód, zaczyna się na "P"
Piraci w świecie grecko rzymskim – Philip de Souza
Czytając współczesne książki o wilkach morskich, lub przeglądając najnowsze hollywoodzkie produkcje mamy do czynienia z dużą dawką, bardziej lub mniej rubasznego, humoru, z niebywale wartką akcją i efektami specjalnymi. Czasem w miejscu humoru pojawia się autentyczna groza i mnóstwo krwi, kiedy autorzy zamiast komedii postanowią uraczyć nas horrorem. To przecież powszechnie znany fakt – życie Korsarzy jest pełne zbrodni, walk mordów, gwałtów i uciętych kończyn, albo... wakacyjną imprezą
Tak mniej więcej wygląda większość radosnej tworczości autorów, którzy próbują płynąć z popularnym w danej chwili nurtem.
Może to mieć kilka skutków ubocznych i oczywiście jeden powazny skutek główny - mianowicie gwałtownie grubiejący portfel.
Książkę de Souzy jednak trudno aż tak jednoznacznie zakwalifikować. Przede wszystkim jest to efekt i pokłosie napisanej wcześniej pracy doktorskiej, odświeżony i troszeczkę uproszczony na potrzeby zwykłego czytelnika.
De Souza podchodzi do tego tematu trochę inaczej. Przede wszystkim autor zajmuje się korsarstwem czasów antycznych. Zarówno pochodzenie nazwy “Pirat”, jak i pierwsze doniesienia o zachowaniach korsarskich zbadał dokładnie i potrafi o nich ciekawie opowiedzieć. Czytając nie zobaczymy dymu salw armatnich, pojedynków na kordelasy i wielu innych znanych z ekranu przywar życia na morzu.I nie chodzi nawet o to, że armat i kordelasów wtedy nie było. Autor skupił się na tym, co robili piraci, kiedy akurat nie ścigali swoich ofiar, lub nie uciekali przed przeważającymi siłami wroga.
Czytając współczesne książki o wilkach morskich, lub przeglądając najnowsze hollywoodzkie produkcje mamy do czynienia z dużą dawką, bardziej lub mniej rubasznego, humoru, z niebywale wartką akcją i efektami specjalnymi. Czasem w miejscu humoru pojawia się autentyczna groza i mnóstwo krwi, kiedy autorzy zamiast komedii postanowią uraczyć nas horrorem. To przecież powszechnie znany fakt – życie Korsarzy jest pełne zbrodni, walk mordów, gwałtów i uciętych kończyn, albo... wakacyjną imprezą
Tak mniej więcej wygląda większość radosnej tworczości autorów, którzy próbują płynąć z popularnym w danej chwili nurtem.
Może to mieć kilka skutków ubocznych i oczywiście jeden powazny skutek główny - mianowicie gwałtownie grubiejący portfel.
Książkę de Souzy jednak trudno aż tak jednoznacznie zakwalifikować. Przede wszystkim jest to efekt i pokłosie napisanej wcześniej pracy doktorskiej, odświeżony i troszeczkę uproszczony na potrzeby zwykłego czytelnika.
De Souza podchodzi do tego tematu trochę inaczej. Przede wszystkim autor zajmuje się korsarstwem czasów antycznych. Zarówno pochodzenie nazwy “Pirat”, jak i pierwsze doniesienia o zachowaniach korsarskich zbadał dokładnie i potrafi o nich ciekawie opowiedzieć. Czytając nie zobaczymy dymu salw armatnich, pojedynków na kordelasy i wielu innych znanych z ekranu przywar życia na morzu.I nie chodzi nawet o to, że armat i kordelasów wtedy nie było. Autor skupił się na tym, co robili piraci, kiedy akurat nie ścigali swoich ofiar, lub nie uciekali przed przeważającymi siłami wroga.
12.08.2010
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu
Na upartego Murakami mogłby równie dobrze powiedzieć: o czym nie mówię, kiedy mówię o bieganiu.
Sprawa wygląda pozornie prosto - tak jak Ogry przypominają cebulę, tak maraton przypomina pisanie książki. Najpierw długi i mozolny czas treningu i ćwiczeń kondycyjnych. Innymi słowy mamy do czynienia z kwerendą. Potem próbne dłuższe i średniodługie dystanse, czyli analiza i wreszcie trochę wstęĻnych artykułów. A potem już maraton - powolne i niespieszne pisanie konkretnego dzieła.
Analogii nie sposób nie zauważyć. A przecież kto chciałby czytać o sprawach tak normalnych. Co ciekawego można o tym napisać? Najwyrażniej Murakami był innego zdania.
Do biegania wprawdzie mnie nie zachęcił, ale już z pisaniem jest znacznie lepiej. Z przygotowaniem do dłuższych dzieł również...
Sięgnijcie po tę książkę - może i Was do czego ś zmotywuje...
Sprawa wygląda pozornie prosto - tak jak Ogry przypominają cebulę, tak maraton przypomina pisanie książki. Najpierw długi i mozolny czas treningu i ćwiczeń kondycyjnych. Innymi słowy mamy do czynienia z kwerendą. Potem próbne dłuższe i średniodługie dystanse, czyli analiza i wreszcie trochę wstęĻnych artykułów. A potem już maraton - powolne i niespieszne pisanie konkretnego dzieła.
Analogii nie sposób nie zauważyć. A przecież kto chciałby czytać o sprawach tak normalnych. Co ciekawego można o tym napisać? Najwyrażniej Murakami był innego zdania.
Do biegania wprawdzie mnie nie zachęcił, ale już z pisaniem jest znacznie lepiej. Z przygotowaniem do dłuższych dzieł również...
Sięgnijcie po tę książkę - może i Was do czego ś zmotywuje...
18.06.2010
Fiolet to nie tylko ciemniejszy róż
Fiolet Magdy Kozak mimo wszystko mnie zaskoczył. Nie jestem w stanie określić dlaczego lekturę zaczynałem z dozą rezerwy - potwierdzonej z resztą pewnymi przewidywalnościami - nawet nie czytając słowa o autorce z treści książki można było łatwo wywnioskować, jakie są jej zainteresowania, hobby i zawód. To się wydawało wręcz aż zbyt naiwne. Do tego jeszcze miejsce akcji - światowy kryzys, a czytelnik śledzi poczynania, nie tyle Polaków, co Warszawiaków, a i w samej stolicy, pod obstrzałem jest centrum. Chciałoby się powiedzieć - typowe Hollywood... A jednak.
Pierwsze pozytywne zaskoczenie zanotowałem już na samym początku - podczas gdy wielu autorów, nawet tych piszących o naszych rodzimych realiach, kiedy odnosi się do piosenek lub wierszy, robi to z reguły z ukłonem do poety zachodniego. Z wyjątkiem dla kilku tylko utworów, Magda Kozak stosuje piosenki i wiersze polskie. Nie jest to może nic wielkiego, jednak konsekwencja, z jaką się trzyma tej zasady sprawiła, że poczułem coś na wzór lokalnej egzotyki.
Druga sprawa - Autorka dość mocno przylożyła się do "zbudowania" kilku postaci, które następnie łatwo i szybko zabiła - bez zbędnych ceregieli, płaczu i manifestacji. Po prostu tak miało być i tak się stało. Kiedy zdarza się to na początku książki, można przeżyć mały szok - zwłaszcza, jeśli jeszcze próbuje się zlokalizować głównego bohatera.
Podobnych sytuacji jest jeszcze w książce kilka.
Jedno czego nie jestem w stanie jasno i bezproblemowo określić to stopień prawdopodobieństwa - zarówno inwazji opisanej w tej książce, jak i doświadczeń i postępowania wojskowego...
Bez względu na wątpliwości - książka czyta się prawie sama...
Pierwsze pozytywne zaskoczenie zanotowałem już na samym początku - podczas gdy wielu autorów, nawet tych piszących o naszych rodzimych realiach, kiedy odnosi się do piosenek lub wierszy, robi to z reguły z ukłonem do poety zachodniego. Z wyjątkiem dla kilku tylko utworów, Magda Kozak stosuje piosenki i wiersze polskie. Nie jest to może nic wielkiego, jednak konsekwencja, z jaką się trzyma tej zasady sprawiła, że poczułem coś na wzór lokalnej egzotyki.
Druga sprawa - Autorka dość mocno przylożyła się do "zbudowania" kilku postaci, które następnie łatwo i szybko zabiła - bez zbędnych ceregieli, płaczu i manifestacji. Po prostu tak miało być i tak się stało. Kiedy zdarza się to na początku książki, można przeżyć mały szok - zwłaszcza, jeśli jeszcze próbuje się zlokalizować głównego bohatera.
Podobnych sytuacji jest jeszcze w książce kilka.
Jedno czego nie jestem w stanie jasno i bezproblemowo określić to stopień prawdopodobieństwa - zarówno inwazji opisanej w tej książce, jak i doświadczeń i postępowania wojskowego...
Bez względu na wątpliwości - książka czyta się prawie sama...
9.06.2010
Ta mała mnie pogryzła
Na początek rzuciła kilka obelżywych inwektyw. Oczywiście ona sama nie wiedziała, że to są inwektywy, ale użyła mocnych słów i epitetów.Potem napisała coś o wampirach, mrocznych wizjach, dzieciach emo, dała w twarz swojemu chłopakowi i postanowiła wyjść przez okno.
No i ta różowa okładka...
Ale czego się spodziewać po książce Christophera Moore'a. Przecież właśnie z tego powodu po tę książkę sięgnąłem - żeby raz jeszcze posmakować szokującego, troszkę ponadkulturowego, miejscami czarnego, a czasem tylko brudnoszarego humoru.
I dokładnie to dostałem.
Do tego, pomiędzy skecze i żarty Moore znowu zmieścił trochę prawd - nie tyle ponadczasowych, co wypowiadanych, przez każdego z nas w smutne i szare, deszczowe dni, kiedy na przystanu ochlapał nas autobus z napisem "Zjazd do Zajezdni"
Przestraszył mnie wprawdzie osąd współczesnej młodzieży - nie dający zbyt wielu nadziei na kolorową przyszłość. Ruch samobójczych Emo-gotów wydaje się zmierzać ku autozagładzie... - "parafrazuję"
A książka? A książkę szczerze polecam.
No i ta różowa okładka...
Ale czego się spodziewać po książce Christophera Moore'a. Przecież właśnie z tego powodu po tę książkę sięgnąłem - żeby raz jeszcze posmakować szokującego, troszkę ponadkulturowego, miejscami czarnego, a czasem tylko brudnoszarego humoru.
I dokładnie to dostałem.
Do tego, pomiędzy skecze i żarty Moore znowu zmieścił trochę prawd - nie tyle ponadczasowych, co wypowiadanych, przez każdego z nas w smutne i szare, deszczowe dni, kiedy na przystanu ochlapał nas autobus z napisem "Zjazd do Zajezdni"
Przestraszył mnie wprawdzie osąd współczesnej młodzieży - nie dający zbyt wielu nadziei na kolorową przyszłość. Ruch samobójczych Emo-gotów wydaje się zmierzać ku autozagładzie... - "parafrazuję"
A książka? A książkę szczerze polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)